Prof. Marek Jan Chodakiewicz: Antysemita Tyrmand

Kilka dni temu mój młodszy znajomy Mathew (czyli Matt) Tyrmand został zaatakowany jako „antysemita”. Wielce zdziwiony zadzwonił do mnie. Powiedziałem, aby się nie przejmował, bo przeciwnicy, jak już nic nie mają do powiedzenia, to stosują ten prosty manewr odczłowieczający i dehumanizujący. Jestem z tym obeznany, bowiem od czasu do czasu takim błotem obrzuca się i mnie. Matt na to: „Ale ja przecież jestem Żydem!”. „Ależ to przecież nie ma znaczenia” – odpowiadam. – Obecna atmosfera wynikająca z zaszłości historycznych, a przede wszystkim spuścizny Holocaustu dyktuje, że nie ma na Zachodzie cięższej moralnej obrazy niż oskarżenia o antysemityzm”.
Wyklucza to osobę tak pomówioną ze społeczności ludzi porządnych. A jednocześnie pozwala przeciwnikom nie ustosunkowywać się merytorycznie do żadnych racjonalnych argumentów. Dokładnie ten proces opisał filozof Leo Strauss z University of Chicago i nazwał reductio ad Hitlerum. Podobnie w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku funkcjonowały oskarżenia o bycie Żydem. Wystarczyło w odpowiedzi na jakąkolwiek propozycję krzyknąć: "Żyd!" albo oskarżyć o "semickość" i w wielu wypadkach na Zachodzie (a w tym i w Polsce) dyskusja się kończyła. Szkalujący wygrywał, bo "Żyd" był słowem kluczem wykluczania.
Kto to Matt Tyrmand? To syn swego ojca. Sam mówi o sobie przede wszystkim, że jest synem Leopolda Tyrmanda, Amerykaninem i Polakiem. Prowokator, wszędobylski kłębek energii, bardzo inteligentny, wręcz błyskotliwy, wygadany, ba! pyskaty i bardzo polski. Poznałem go osobiście chyba ze dwa lata temu. Matt główie popisywał się na mediach społecznościowych, których prawie nie śledzę.
Jego ojciec, legendarny "Zły", uciekł z PRL, w latach sześćdziesiątych trafił do Nowego Jorku. I od razu zaczął krytykować komunizm. Na początku tamtejsi liberałowie myśleli, że żartuje, że jest ekscentrykiem, ale na pewno w głębi duszy musi lubić Związek Sowiecki i socjalizm. Leopold Tyrmand odmówił sprostytuowania się. Nie dał ciała w PRL, odrzucił taką możliwość w USA. Prawił otwarcie, że aby wygrać z lewactwem, trzeba odbić kulturę. Tolerancjoniści się wściekli. Skończyła się więc praca wykładowcy w Columbia University. Przestano go drukować w liberalnej prasie. Stanął na skraju katastrofy finansowej. Na szczęście znalazł się dobroczyńca, który ufundował Tyrmandowi poważne stanowisko. Stał się redaktorem naczelnym konserwatywnego pisma katolickiego "Chronicles of Culture". Stało się jednym z najważniejszych ośrodków intelektualnych Ameryki w walce z lewactwem. Leopold Tyrmand do końca życia powiadał, że jego wrogami są narodowi socjaliści, komuniści i nowojorscy liberałowie. To samo mówi o sobie Matt (polecam pisane wraz z Kamilą Sypniewską wspomnienie "Jestem Tyrmand, syn Leopolda", wyd. Znak, Kraków 2013).
Miał cztery lata, gdy umarł ojciec. Wychowywany głównie przez brata babki, skończył ekonomię na University of Chicago. Tam skrytykował Baracka Obamę, który wykładał na tej uczelni, za lewactwo. Wbrew antyżydowskim modom uniwersyteckim wspierał też Izrael. Zaczął pracować na nowojorskiej giełdzie. Zarobił tyle, aby się nie martwić o podstawowe sprawy, ale jednocześnie odkrył, że wolnościowe teorie trzeba korygować, bo w istniejącym układzie bez odpowiednich znajomości towarzysko-państwowych nie da się pewnych barier przeskoczyć. To pchnęło Matta w stronę populizmu. Popierał Teda Cruza na prezydenta, dopiero po jego klęsce przerzucił się na Trumpa. I zawsze ostro atakuje.
Liberalny izraelski "Haaretz" (29 września) określił Matta i jego platformę medialną Breitart.com jako "Jewish anti-Semites," czyli "żydowscy antysemici". W "Washington Post" chłopak został zjechany jako "mętny" (obscure) publicysta polsko-amerykański. Henry Foy z "Financial Times" atakował, ujawniając związki Matta Tyrmanda z polskim MSZ, któremu doradzał (pro publico bono). To wszystko wnet powtórzyła nadwiślańska mutacja orientacji tolerancjonistycznej. I wtedy MSZ się przestraszył i natychmiast wypowiedział umowę o współpracę. Ze strachu złamano tym samym żelazną zasadę solidarności i wspierania sojuszników, a Matt takim niewątpliwie jest.
Matt Tyrmand przyjechał po raz pierwszy do Polski, bo matka miała kłopoty z nadwiślańską biurokracją i układem; zaczęły się awantury o copyright prac Leopolda. Początkowo, kilka lat temu, Matt nie bardzo się orientował w sytuacji. Teraz już potrafi wybrać. Odkrył Ojczyznę swego ojca, uczy się polskiego i publicznie identyfikuje jako Polak. Autentycznie zaczął wypracowywać mentalność i samoświadomość polską. Chce być Polakiem z wyboru. Polakiem właśnie, a nie PRL-owcem czy post-Polakiem. W swych artykułach m.in. jako jeden z nielicznych dementuje refren o "polskim antysemityzmie" czy "polskich obozach koncentracyjnych". Pisze o tym, że Polska to najlepszy kraj w Europie dla Żydów. Uznał, że najbardziej odpowiada mu PiS. I broni tej orientacji. Wali prosto w oczy, bez umiaru. Strofowałem go nawet, by odczepił się od Anne Applebaum, żony Radka Sikorskiego. Walczymy bowiem z ideami, staramy się nie personalizować ataków. Matt nie słuchał, dokopywał bez umiaru, pisał ogniście, polskim stylem. Otworzył wszystkie możliwe fronty. Kozakował, szarżował. A teraz się zdziwił, że zaatakowano go szaleńczo ze wszystkich stron i nazwano antysemitą.
A tak na prawdę nie chodzi przede wszystkiem o Anne czy o Polskę. Chodzi o to, że Matt porównał Donalda Trumpa do Jarosława Kaczyńskiego, a zwycięstwo PiS do fali populistycznej wzbierającej w Ameryce. Ale ponieważ atak idzie według utartego schematu reductio ad Hilterum i Polska jest wymówką, to warto byłoby, aby odezwały się głosy w jego obronie, nie tylko ze strony "Najwyższego Czasu", który zareagował błyskawicznie, ale też i PiS-owskich oficjałów, którym Matt pomagał, a szczególnie tych struchlałych w MSZ. Potrzeba trochę solidarności.
Marek Jan Chodakiewicz
Warszawa, 7 October 2016
www.iwp.edu
Kto to Matt Tyrmand? To syn swego ojca. Sam mówi o sobie przede wszystkim, że jest synem Leopolda Tyrmanda, Amerykaninem i Polakiem. Prowokator, wszędobylski kłębek energii, bardzo inteligentny, wręcz błyskotliwy, wygadany, ba! pyskaty i bardzo polski. Poznałem go osobiście chyba ze dwa lata temu. Matt główie popisywał się na mediach społecznościowych, których prawie nie śledzę.
Jego ojciec, legendarny "Zły", uciekł z PRL, w latach sześćdziesiątych trafił do Nowego Jorku. I od razu zaczął krytykować komunizm. Na początku tamtejsi liberałowie myśleli, że żartuje, że jest ekscentrykiem, ale na pewno w głębi duszy musi lubić Związek Sowiecki i socjalizm. Leopold Tyrmand odmówił sprostytuowania się. Nie dał ciała w PRL, odrzucił taką możliwość w USA. Prawił otwarcie, że aby wygrać z lewactwem, trzeba odbić kulturę. Tolerancjoniści się wściekli. Skończyła się więc praca wykładowcy w Columbia University. Przestano go drukować w liberalnej prasie. Stanął na skraju katastrofy finansowej. Na szczęście znalazł się dobroczyńca, który ufundował Tyrmandowi poważne stanowisko. Stał się redaktorem naczelnym konserwatywnego pisma katolickiego "Chronicles of Culture". Stało się jednym z najważniejszych ośrodków intelektualnych Ameryki w walce z lewactwem. Leopold Tyrmand do końca życia powiadał, że jego wrogami są narodowi socjaliści, komuniści i nowojorscy liberałowie. To samo mówi o sobie Matt (polecam pisane wraz z Kamilą Sypniewską wspomnienie "Jestem Tyrmand, syn Leopolda", wyd. Znak, Kraków 2013).
Miał cztery lata, gdy umarł ojciec. Wychowywany głównie przez brata babki, skończył ekonomię na University of Chicago. Tam skrytykował Baracka Obamę, który wykładał na tej uczelni, za lewactwo. Wbrew antyżydowskim modom uniwersyteckim wspierał też Izrael. Zaczął pracować na nowojorskiej giełdzie. Zarobił tyle, aby się nie martwić o podstawowe sprawy, ale jednocześnie odkrył, że wolnościowe teorie trzeba korygować, bo w istniejącym układzie bez odpowiednich znajomości towarzysko-państwowych nie da się pewnych barier przeskoczyć. To pchnęło Matta w stronę populizmu. Popierał Teda Cruza na prezydenta, dopiero po jego klęsce przerzucił się na Trumpa. I zawsze ostro atakuje.
Liberalny izraelski "Haaretz" (29 września) określił Matta i jego platformę medialną Breitart.com jako "Jewish anti-Semites," czyli "żydowscy antysemici". W "Washington Post" chłopak został zjechany jako "mętny" (obscure) publicysta polsko-amerykański. Henry Foy z "Financial Times" atakował, ujawniając związki Matta Tyrmanda z polskim MSZ, któremu doradzał (pro publico bono). To wszystko wnet powtórzyła nadwiślańska mutacja orientacji tolerancjonistycznej. I wtedy MSZ się przestraszył i natychmiast wypowiedział umowę o współpracę. Ze strachu złamano tym samym żelazną zasadę solidarności i wspierania sojuszników, a Matt takim niewątpliwie jest.
Matt Tyrmand przyjechał po raz pierwszy do Polski, bo matka miała kłopoty z nadwiślańską biurokracją i układem; zaczęły się awantury o copyright prac Leopolda. Początkowo, kilka lat temu, Matt nie bardzo się orientował w sytuacji. Teraz już potrafi wybrać. Odkrył Ojczyznę swego ojca, uczy się polskiego i publicznie identyfikuje jako Polak. Autentycznie zaczął wypracowywać mentalność i samoświadomość polską. Chce być Polakiem z wyboru. Polakiem właśnie, a nie PRL-owcem czy post-Polakiem. W swych artykułach m.in. jako jeden z nielicznych dementuje refren o "polskim antysemityzmie" czy "polskich obozach koncentracyjnych". Pisze o tym, że Polska to najlepszy kraj w Europie dla Żydów. Uznał, że najbardziej odpowiada mu PiS. I broni tej orientacji. Wali prosto w oczy, bez umiaru. Strofowałem go nawet, by odczepił się od Anne Applebaum, żony Radka Sikorskiego. Walczymy bowiem z ideami, staramy się nie personalizować ataków. Matt nie słuchał, dokopywał bez umiaru, pisał ogniście, polskim stylem. Otworzył wszystkie możliwe fronty. Kozakował, szarżował. A teraz się zdziwił, że zaatakowano go szaleńczo ze wszystkich stron i nazwano antysemitą.
A tak na prawdę nie chodzi przede wszystkiem o Anne czy o Polskę. Chodzi o to, że Matt porównał Donalda Trumpa do Jarosława Kaczyńskiego, a zwycięstwo PiS do fali populistycznej wzbierającej w Ameryce. Ale ponieważ atak idzie według utartego schematu reductio ad Hilterum i Polska jest wymówką, to warto byłoby, aby odezwały się głosy w jego obronie, nie tylko ze strony "Najwyższego Czasu", który zareagował błyskawicznie, ale też i PiS-owskich oficjałów, którym Matt pomagał, a szczególnie tych struchlałych w MSZ. Potrzeba trochę solidarności.
Marek Jan Chodakiewicz
Warszawa, 7 October 2016
www.iwp.edu

Treść redakcyjna
Komentarzy: 0
Udostępnij:
Data publikacji: 12.10.2016 12:25
Komentarze
Europejski system bezpieczeństwa bez USA? „Bardzo niebezpieczna opcja”
01.10.2026 22:31

Komentarzy: 0
Budowa europejskiego systemu bezpieczeństwa bez udziału Stanów Zjednoczonych byłaby „bardzo niebezpieczną” opcją – ocenił Kyryło Budanow, szef Biura Prezydenta Ukrainy. W rozmowie z Euronews mówił również o przyszłej współpracy obronnej Ukrainy z państwami europejskimi, nowych systemach zwalczania rosyjskich dronów oraz możliwości uruchamiania wspólnej produkcji uzbrojenia.
Czytaj więcej
Donald Trump zabrał głos w sprawie bazy w Polsce
01.10.2026 19:14
Stała obecność wojsk USA w Polsce? Pentagon przekazał nowe informacje
29.09.2026 21:23
Karol Gac: Polska zapleczem logistycznym wojsk USA w Europie
29.09.2026 06:00

Komentarzy: 0
Nieco ponad dziesięć lat temu obecność amerykańskich żołnierzy w Polsce była jednym z najważniejszych tematów naszej polityki bezpieczeństwa oraz celem, który połączył większość sił politycznych. Zabiegaliśmy o to, aby przyjeżdżali częściej, pozostawali dłużej, ćwiczyli z polskimi żołnierzami i traktowali nasz kraj nie tylko jako sojusznika na papierze, lecz również jako istotny punkt na wojskowej mapie Europy. Dziś jesteśmy o krok od tego, aby w naszym kraju powstała stała baza amerykańska.
Czytaj więcej
AI w zbrojeniach. Europa przegrała wyścig
29.09.2026 06:00

Komentarzy: 0
Historia świata to historia imperiów, podbojów i wojen. Od kilku dekad badacze fascynują się jednak nowym zjawiskiem: wojny stały się rzeczywistością o znacznie mniejszym znaczeniu. Innowacje w świecie Zachodu rodziły się w sektorze cywilnym i dopiero z niego wędrowały do wojskowości, inaczej, niż było to w wielu znanych nam okresach z przeszłości. Ten czas się skończył. Paradoksalnie gwoździem do trumny stało się udostępnienie przez Open AI nowego modelu ChatGPT-6 Astra. Pomimo znaczącego podniesienia cen popyt na niego był tak duży, że już po kilku dniach Open AI musiał zablokować możliwość zakupu planu taryfowego z największą ilością tokenów (Pro 20x). Ten problem ma jednak dwa wymiary. Pierwszy jest strukturalny: możliwości AI rozwijają się znacznie szybciej niż moce obliczeniowe i dostępna energia do zasilania centrów danych. Do dalszego powszechnego rozwoju AI na Zachodzie zwyczajnie brakuje energii. „Szczęśliwie” Open AI ma jednak jeszcze zawartą umowę z Pentagonem. I tu dochodzimy do drugiego wymiaru: bezpieczeństwa – możliwości AI stały się tak duże, że państwa, z których pochodzą modele, chcą ich kluczowe zalety zatrzymać dla siebie. Również dlatego dostępność ChatGPT-6 Astra ma być ograniczona poza USA. Dynamika rozwoju nie zostanie więc wstrzymana ani nawet spowolniona – to przecież wyścig z Chinami, a USA nie zamierzają go przegrać. Po prostu najnowocześniejsze modele będą udostępniane w tylko wojsku i tylko w krajach, z których modele pochodzą.
Czytaj więcej

