Prof. Marek Jan Chodakiewicz dla "TS": Punkty dla Tillersona
06.02.2018 19:00

Komentarzy: 0
Udostępnij:
Do RP pojechał sekretarz stanu Rex Tillerson. Polonia nie była na to właściwie przygotowana. Z jednej strony Polonia nie ma wymówek, bo żyją Polonusi od wielu lat w wolnym kraju, niektórzy tutaj się urodzili, więc powinni nauczyć się, jak grać w polityczną grę. Z drugiej strony osoby lgnące do organizacji polonijnych i najbardziej zaangażowane w sprawy kraju to ludzie zwykle urodzeni i wykształceni w PRL. Naturalnie są też tacy, nieliczni, urodzeni albo przynajmniej gruntownie wykształceni w USA, w sprawy polskie zaangażowani. Oni rozumieją, co to jest planowanie strategiczne. Często to właśnie oni wiedzą, jak zrobić badania, jak napisać list, jak się komunikować, jak podejść do polityka, jak zwrócić się do mediów. Dzięki internetowi ich skuteczność rośnie, a każdy może czerpać z zasobów intelektualnych, które zgromadzili i udostępnili w przestrzeni wirtualnej. Bezkonkurencyjny pod względem profesjonalizmu jest bezsprzecznie Polish Canadian Congress, sekcja Toronto, który zachwyca głębią swych przemyśleń od kilkudziesięciu dobrych lat (http://www.kpk-toronto.org/obrona-dobrego-imienia/). Tylko trzeba chcieć i umieć.
W północnej Kalifornii, w roku 2013, byłem świadkiem, gdy osoba wprawiona w politycznych manewrach sugerowała nowym działaczom polonijnym, aby przygotowali się na sprawę restytucji mienia, która znów wypłynie. Naturalnie zignorowali to. Teraz starają się sążnistymi elaboratami ratować sytuację. Wysyłają je na lewo i prawo - szczególnie między sobą.
Kłopot w tym, że z liczących się ludzi w Kongresie USA i w mediach właściwie nikt tego nie czyta. Żaden z polonijnych aktywistów nie jest Ignacym Janem Paderewskim, a więc nie ma dostępu do ważnych osób ani zwykle pojęcia, jak się takie sprawy załatwia. W tym sensie gorączkowa aktywność w ostatniej chwili ma uspokoić sumienia (bo leniuchowało się przez lata) i sprawić wrażenie, że się coś pozytywnego dla sprawy polskiej robi. A na koniec będzie jak zwykle - czyli brak sukcesu. I będą przewidywalne komentarze: "Tyleśmy zrobili, a znowu nic. To wroga robota nas wykoleiła!".
Nie, kochani, nie wroga robota, tylko brak odpowiedniego przywództwa, wizji, strategii, ekspertyzy, dyscypliny i środków do działania. A to wszystko przecież możecie mieć. Zajmijcie się sobą, a dopiero potem przejmujcie się wrogami.
Staram się pomagać pospolitemu ruszeniu jak mogę, dzieląc się naszymi materiałami i służę radą. Pomagam w niektórych wypadkach i czasami interweniuję bezpośrednio, w bardzo ważnych sprawach. Interweniuję wtedy głównie, gdy widzę, że nie tylko nie ma strategicznego planu, ale że przegapia się poważną szansę na pozytywne wpłynięcie na sprawy Polski.
Byłem pewien, że szefowie i szefowe polonijni przegapili nadchodzącą wizytę Tillersona. A tu trzeba dać mu "talking points". I upublicznić je pod szyldem organizacji. W USA mogę liczyć na trzy prężnie działające osoby i ich organizacje. To lady Blanka Rosenstiel z The American Institute of Polish Culture w Miami, inż. Jan Małek z The Polish American Foundation for Economic Research and Education (PAFERE) w Los Angeles oraz Adam Bąk z The Polish American Advocacy Group (PAAG) w Nowym Jorku. Zadzwoniłem do Adama. Natychmiast zrozumiał, że trzeba działać. Naradziliśmy się i skleciłem list do Tillersona.
Jako Amerykanie polskiego pochodzenia domagamy się w nim, aby USA wsparły Polskę politycznie, militarnie, gospodarczo, prawnie i dyplomatycznie. Plan minimum to włączyć RP w amerykański system obrony rakietowej. Biały Dom powinien szanować suwerenność Polski, nie tylko wobec pogróżek Berlina i Moskwy, ale również w sprawach wewnętrznych RP. Prezydent Donald Trump powinien pozwolić Polakom samym rozwiązać swoje problemy, a w tym jeśli chodzi o restytucję mienia. Jak Warszawa będzie potrzebowała pomocy, to na pewno poprosi Waszyngton. Wszystko to jest w interesie Ameryki, która chce, aby Polska była stabilna. Voila. I jeszcze podpisy. Firmował je Adam Bąk. Zaraz też zwróciłem się do p. Małka - w sekundę miałem jego wsparcie. Wyłapywaniem reszty organizacyjnych podpisów zajęła się moja opiekunka kalifornijska Zofia Zakrzewska. Tutaj szło wolniej. Każdy musiał przeczytać, posłać do kumpli i kumpelek. Naturalnie wyciekło. Nabrało swego własnego życia.
A w świecie amerykańskim, w którym się obracam, byłoby tak: nie trzeba wcale zwracać się do nikogo o podpis, bo ma się plenipotencję do użycia kilkudziesięciu podpisów. I taki list otwarty - jeżeli w ostatniej chwili się go pichci, wylatuje natychmiast. Jest dyskrecja, dyscyplina i organizacja. Są środki. Ludzie po prostu wykładają fundusze na takie sprawy. Wśród Polonii dużo z tym gorzej.
Jednocześnie list poszedł prywatnymi kanałami w te miejsca, gdzie trzeba w Waszyngtonie, a następnie również w taki sam sposób do polskich mediów. I Tillerson był uprzejmy i Warszawa zagrała tak jak trzeba. Szafa gra. Teraz rzecz w tym, by Polonia nauczyła się takiej metody i z taktycznego doświadczenia wykuła strategię dla siebie i Kraju Ojców.
Marek Jan Chodakiewicz
Waszyngton, 25 stycznia 2018
Artykuł pochodzi z najnowszego numeru "TS" (06/2018) do kupienia w wersji cyfrowej tutaj.
Kłopot w tym, że z liczących się ludzi w Kongresie USA i w mediach właściwie nikt tego nie czyta. Żaden z polonijnych aktywistów nie jest Ignacym Janem Paderewskim, a więc nie ma dostępu do ważnych osób ani zwykle pojęcia, jak się takie sprawy załatwia. W tym sensie gorączkowa aktywność w ostatniej chwili ma uspokoić sumienia (bo leniuchowało się przez lata) i sprawić wrażenie, że się coś pozytywnego dla sprawy polskiej robi. A na koniec będzie jak zwykle - czyli brak sukcesu. I będą przewidywalne komentarze: "Tyleśmy zrobili, a znowu nic. To wroga robota nas wykoleiła!".
Nie, kochani, nie wroga robota, tylko brak odpowiedniego przywództwa, wizji, strategii, ekspertyzy, dyscypliny i środków do działania. A to wszystko przecież możecie mieć. Zajmijcie się sobą, a dopiero potem przejmujcie się wrogami.
Staram się pomagać pospolitemu ruszeniu jak mogę, dzieląc się naszymi materiałami i służę radą. Pomagam w niektórych wypadkach i czasami interweniuję bezpośrednio, w bardzo ważnych sprawach. Interweniuję wtedy głównie, gdy widzę, że nie tylko nie ma strategicznego planu, ale że przegapia się poważną szansę na pozytywne wpłynięcie na sprawy Polski.
Byłem pewien, że szefowie i szefowe polonijni przegapili nadchodzącą wizytę Tillersona. A tu trzeba dać mu "talking points". I upublicznić je pod szyldem organizacji. W USA mogę liczyć na trzy prężnie działające osoby i ich organizacje. To lady Blanka Rosenstiel z The American Institute of Polish Culture w Miami, inż. Jan Małek z The Polish American Foundation for Economic Research and Education (PAFERE) w Los Angeles oraz Adam Bąk z The Polish American Advocacy Group (PAAG) w Nowym Jorku. Zadzwoniłem do Adama. Natychmiast zrozumiał, że trzeba działać. Naradziliśmy się i skleciłem list do Tillersona.
Jako Amerykanie polskiego pochodzenia domagamy się w nim, aby USA wsparły Polskę politycznie, militarnie, gospodarczo, prawnie i dyplomatycznie. Plan minimum to włączyć RP w amerykański system obrony rakietowej. Biały Dom powinien szanować suwerenność Polski, nie tylko wobec pogróżek Berlina i Moskwy, ale również w sprawach wewnętrznych RP. Prezydent Donald Trump powinien pozwolić Polakom samym rozwiązać swoje problemy, a w tym jeśli chodzi o restytucję mienia. Jak Warszawa będzie potrzebowała pomocy, to na pewno poprosi Waszyngton. Wszystko to jest w interesie Ameryki, która chce, aby Polska była stabilna. Voila. I jeszcze podpisy. Firmował je Adam Bąk. Zaraz też zwróciłem się do p. Małka - w sekundę miałem jego wsparcie. Wyłapywaniem reszty organizacyjnych podpisów zajęła się moja opiekunka kalifornijska Zofia Zakrzewska. Tutaj szło wolniej. Każdy musiał przeczytać, posłać do kumpli i kumpelek. Naturalnie wyciekło. Nabrało swego własnego życia.
A w świecie amerykańskim, w którym się obracam, byłoby tak: nie trzeba wcale zwracać się do nikogo o podpis, bo ma się plenipotencję do użycia kilkudziesięciu podpisów. I taki list otwarty - jeżeli w ostatniej chwili się go pichci, wylatuje natychmiast. Jest dyskrecja, dyscyplina i organizacja. Są środki. Ludzie po prostu wykładają fundusze na takie sprawy. Wśród Polonii dużo z tym gorzej.
Jednocześnie list poszedł prywatnymi kanałami w te miejsca, gdzie trzeba w Waszyngtonie, a następnie również w taki sam sposób do polskich mediów. I Tillerson był uprzejmy i Warszawa zagrała tak jak trzeba. Szafa gra. Teraz rzecz w tym, by Polonia nauczyła się takiej metody i z taktycznego doświadczenia wykuła strategię dla siebie i Kraju Ojców.
Marek Jan Chodakiewicz
Waszyngton, 25 stycznia 2018
Artykuł pochodzi z najnowszego numeru "TS" (06/2018) do kupienia w wersji cyfrowej tutaj.

Treść redakcyjna
Komentarzy: 0
Data publikacji: 06.02.2018 19:00
Marek Jan Chodakiewicz dla "TS": Izrael versus Sowdepia
27.03.2018 19:41

Komentarzy: 0
Wspominałem, jak Stalin planował, że Izrael będzie jego demokracją ludową na Bliskim Wschodzie. Nie udało się, a Tel Awiw coraz bardziej grawitował w stronę Zachodu. Przełomem był 1956 r., gdy Izraelczycy zawarli tajną umowę z Francuzami i Brytyjczykami. Izrael miał zaatakować Egipt i przez Synaj zepchnąć jego wojska poza Kanał Sueski, a Francja i Wielka Brytania miały interweniować jako „neutralne” siły rozjemcze i odbić tę newralgiczną arterię wodną, ustanowiając ponownie zachodnią kontrolę nad nią. Żydzi pognali sprawnie Arabów, ale franko-brytyjska ekspedycja kiepsko wypadła, a potem zmuszona była wycofać się pod naciskiem USA i ZSSR. Od tego czasu stosunki dyplomatyczne Izraela ze Związkiem Sowieckim były w znacznym stopniu zamrożone, a z Ameryką natomiast zaczęły rozkwitać.
Czytaj więcej
Marek Jan Chodakiewicz dla "TS": Do niedawna funkcjonowały jedynie zohydzające narodowców stereotypy
20.03.2018 18:55

Komentarzy: 0
Na Wileńszczyźnie partyzanci AK nosili ryngrafy w czasie wojny i po niej. Dlaczego? No bo to polska partyzantka, tradycja rycerska, a na dodatek miejscowy kult Matki Boskiej Ostrobramskiej. W Polsce Centralnej i Zachodniej z ryngrafami na piersiach walczyli głównie narodowcy, m.in. Narodowa Organizacja Wojskowa i Narodowe Siły Zbrojne, a po 1944 r. – Narodowe Zjednoczenie Wojskowe. To byli narodowi chrześcijanie. Czy ktoś o tym pamięta?
Czytaj więcej
Marek Jan Chodakiewicz dla "TS": Saqaliba - po arabsku Słowianin. Jednocześnie synonim słowa niewolnik
13.03.2018 18:22

Komentarzy: 0
Saqaliba oznacza po arabsku Słowianin (lp: Siqlab). Jednocześnie jest synonimem słowa niewolnik. Prawdopodobnie jest to zapożyczenie z greckiego: Sklavinoi – Słowianie. Zresztą w każdym właściwie języku europejskim (germańskim, łacińskim) słowo Słowianin oznacza niewolnika (sclavus, slave, Sklave, schiavo, esclavo). Dlaczego? Ano dlatego, że we wczesnym średniowieczu większość niewolników wywodziła się ze słowiańskich stron. A potem słowo niewolnik-Słowianin nabrało generalnego znaczenia i stosowano go później ogólnie do wszystkich zniewolonych ludów Północy, a w końcu generalnie do Europejczyków.
Czytaj więcej
Marek Jan Chodakiewicz dla "TS": Papież i prezydent wypełniają Boski Plan
06.03.2018 18:54

Komentarzy: 0
Mój kolega Paul Kengor prosił, abym ostrym okiem rzucił na jego ostatnie dzieło: „A Pope and A President: John Paul II, Ronald Reagan, and the Extraordinary Untold Story of the 20th Century” (Wilmington, DE: ISI, 2017) [Papież i prezydent: Jan Paweł II, Ronald Reagan, i niezwykła nieznana historia XX wieku]. Paul to skarb. Konserwatywny katolik, pisze głównie o historii USA i świata w drugiej połowie XX w., szczególnie o prezydenturze Reagana. Główną tezą jego ostatniej książki jest to, że zarówno papież, jak i prezydent padli ofiarą zamachów, cudem przeżyli, a ze zdarzeń tych wysnuli wniosek, iż Bóg ocalił ich, aby mogli wypełnić Boski Plan: zniszczyć Związek Sowiecki i komunę, co było przepowiedziane w Fatimie.
Czytaj więcej
Marek Jan Chodakiewicz dla "TS": Roszczenia żydowskie. Trzeba się merytorycznie przygotować
28.02.2018 16:49
