loading
Proszę czekać...
[tylko u nas] Marek Jan Chodakiewicz: Ruchy Berlina
Opublikowano dnia 11.09.2018 18:33
Niall Ferguson, brytyjski historyk z Oxfordu, wykładający m.in. na Harvardzie, to osoba niezwykle wpływowa. Specyficzny realista, a nie górnolotny romantyk. Przyjmuje się, że konserwatysta, ale powiedzmy, że jest to konserwatyzm establishmentu, nawet o odcieniu neokonserwatywnym, czyli taki przetworzony liberalizm. Historyk nasz nie wysuwa się z dozwolonych parametrów, raczej jest jednak bliższy Henry’emu Kissingerowi niż Edmundowi Burkeowi. Jego bohater to John McCain, a nie Donald Trump.

Fotolia
Jakiś czas temu Ferguson stwierdził coś znacznego. Mianowicie, że Niemcy rządzą Europą. Osiągnęły więc pozycję, o którą starały się i której nie uzyskały, rozpętując dwie wojny światowe. Konflikty te kosztowały ludzkość dziesiątki milionów trupów, aby Berlin mógł wypełnić swoje ambicje. Teraz osiągnął to pokojowo. I na koniec salwa: dlaczego więc chciało nam się w ogóle sprzeciwiać Niemcom i walczyć przeciwko ich ambicjom w I i II wojnie światowej?  

Dla Polaków sprawa jest jasna. Niemiecka dominacja po I wojnie światowej oznaczałaby co najwyżej wegetację w ramach Księstwa Warszawskiego. Zwycięstwo w II wojnie światowej oznaczało zupełne zniknięcie RP, eksterminację polskich elit i ludu oraz zrobienie z niedobitków niewolników dla germańskiego „narodu panów”. A dla świata oznaczałoby dominację systemu wilhelmińskiej Rzeszy, albo – dużo gorzej – III Rzeszy. 

Można więc powiedzieć, że Ferguson powinien był swoją myślą zaszokować i spowodować sztorm. Raczej jednak wszyscy zareagowali na jego dictum w sposób oklapły. Stwierdził bowiem coś oczywistego. Po prostu takie są realia. Niemcy są największą potęgą Europy. I osiągnęły to gospodarczo, dzięki parasolowi nuklearnemu USA. To Niemcy – swoją francuską szczekaczką – narzucają Unii Europejskiej jej najważniejsze posunięcia polityczne. Dotyczy to szczególnie spraw emigracyjnych i Ostpolitik. Ta ostatnia dotyczy nie tylko Rosji, ale również Międzymorza.   

Berlin jednostronnie zaprosił i przyhołubił ponad milion „uciekinierów” z Trzeciego Świata, szczególnie muzułmanów. Nie konsultował tego z nikim innym. Po prostu na swoje własne widzimisię wpuścił hordy do Europy. I nie liczyło się, że decyzja ta pogwałciła suwerenność państw ciągnących się od Grecji do Austrii. Niemcy ckliwie podnosili sprawy humanitarne, co zarówno w Republice Federalnej, jak i w UE oraz na świecie, a szczególnie w USA, miało duży pozytywny rezonans. Ach! Niemcy nareszcie spłacają straszliwy dług narodowego socjalizmu. Przyjmując trzecioświatowców islamskich jednoznacznie pokazują, że odcinają się od swego rasizmu i antysemityzmu, który przecież skutkował Holocaustem. Niemcy w końcu stały się genetycznie liberalne i ich ekspiacja osiągnęła swoje apogeum w tym cudownie humanitarnym geście.  

Faktycznie takie łzawo-histeryczne powody funkcjonują w Niemczech do jakiegoś stopnia. Powodują, że elita rządząca ma lepsze zdanie na własny temat, szczególnie, że wpuszczanie migrantów wynika również z innych, w tym pragmatycznych, powodów. Po pierwsze, jest wyrazem potwierdzenia prymatu ideologii liberalizmu i globalizmu. Po drugie więc, wpuszczanie migrantów ma służyć celom inżynierii społecznej: wszyscy mają się zmieszać, a świadomość narodowa i chrześcijańska ma zniknąć w tyglu politycznej poprawności i multikulturalizmu. Po trzecie, przesiedlenie do Niemiec tak wielkiej rzeszy ludzi jest spowodowane przekonaniem, że Republika Federalna umiera i tylko zastrzyk nowej krwi może system utrzymać. Emigranci są potrzebni, ktoś bowiem musi pracować na szybko starzejące się dzieci-kwiaty, prymusów rewolucji 1968 r., które wymyśliły sobie tę straszną fanaberię. Czyli milion plus migrantów to mają być nowi podatnicy i świeże ręce do pracy. Będą harować za pół darmo, przynajmniej duża część z nich, a reszta może wegetować na zapomodze społecznej. I tak saldo wyjdzie dodatnio. System liberalny bowiem to dyktatura przyjemności i jako taka nie zachęca ani do posiadania dzieci, ani do płacenia godnie robotnikom, zwykłym ludziom, aby mogli godnie wychować dzieci. Trzecioświatowcy natomiast nie mają wielkich wymagań i będą pracować za byle co.  

Przypomnijmy, że Berlin nie pytał się innych Europejczyków o zgodę w żadnej z tych kwestii, a na pewno nie krajów Intermarium. To samo dotyczy wymuszonej na Unii Europejskiej polityki wschodniej. Jest ona prorosyjska, nie tylko w kluczowych sprawach energetycznych (jak Nordstream 2).  

Po pierwsze, aby zbliżyć się do Moskwy, Berlin osłabia NATO. Bojkotuje sojusz. Nie płaci na własną obronę oraz nie dokłada się, jak trzeba, do wspólnych wysiłków militarnych. Alienuje Amerykę i jej projekt obrony Europy, w tym Intermarium. Swoją bezczelnością i olewaniem obowiązków sojuszniczych Berlin chce sprowokować Waszyngton, aby Amerykanie wycofali się ze Starego Kontynentu. Wtedy Niemcy będą miały rozwiązane ręce. Na razie będą kontynuowały opcję impotencji militarnej i potęgi gospodarczej, aby przedwcześnie nie alarmować ani Waszyngtonu, ani Moskwy (o karzełkach jak Polska nie wspominam, bo w takich kalkulacjach mało się liczą). Potem będą mogły tworzyć armię europejską i budować Festung Europę. 

Częścią tej długofalowej strategii jest taktyka neutralizowania Międzymorza. Od 1989 r. Niemcy prowadzili z narastającą siłą politykę budowania Mitteleuropy. Chodziło o wasalizację w imieniu Berlina postsowieckich satelit. Cele te osiągało się, tworząc kompradorską elitę za granty i synekury. A temu wszystkiemu służyły też inwestycje strategiczne, które podporządkowały gospodarkę Mitteleuropy Berlinowi. I aby dezinformować liberalnym marksizmem lesbianizmem w takt berlińskiego dyktanda i utrwalać system wasalizacji, przejęto też media regionalne, nie tylko w Polsce. 

Ostatnio jednak postsowieckie ofiary, które znalazły się w uściskach berlińskiego, czyli brukselskiego liberalizmu, zaczęły organizować się na swoją własną modłę. Odżył projekt Intermarium. Jest on wielkim zagrożeniem dla Berlina. Stąd Niemcy pozornie postanowili się przyłączyć do niego. Jest to w takt starej zasady: „Can’t beat them? Join them” (Jak nie możesz ich pobić, przyłącz się do nich). I tym sposobem Berlin będzie mógł wpływać na projekt Intermarium od wewnątrz. Będzie go sabotować, Międzymorze bowiem oznacza klęskę Niemiec, kontrolowanej przez Berlin Brukseli oraz Moskwy. Międzymorze oznacza, że tubylcy odnaleźli swój własny głos i chcą realizować swoje interesy.  

Niemcy nie mogą na to pozwolić. Jednocześnie Republika Federalna jest wielką potęgą. Polska i inne kraje regionu muszą opracować strategię, w jakim celu, i taktykę, w jaki sposób można sobie z Berlinem pograć. Bo jak się nie uda, to Niall Ferguson znów wzruszy ramionami i powie: „A po co to było się rzucać?”. I tak Niemcy górą.
 
Marek Jan Chodakiewicz 
Washington, DC, 6 września 2018 r. 
www.iwp.edu 

Artykuł pochodzi z najnowszego numeru "TS" (37/2018) do kupienia w wersji cyfrowej tutaj.
Wydarzenia
więcej
Opinie
więcej
Najnowszy numer
Związek
więcej
Wideo Adam Andruszkiewicz [K'15]: Głosowałem w obronie ministra Macierewicza i już tłumaczę dlaczego
Blogi
avatar
europoseł Zbigniew
Kuźmiuk

Z. Kuźmiuk: Nawet jeśli przyjdzie spowolnienie, PKB Polski urośnie 2-3 razy szybciej niż w strefie euro
Rok 2018 polska gospodarka zakończyła wzrostem w wysokości 5,1% PKB i jak się okazuje, był on prawie 3 razy wyższy niż średnio wzrost PKB w krajach strefy euro, gdzie wyniósł 1,8% PKB.
avatar
Jerzy
Bukowski

Jerzy Bukowski: Odszedł "Daniel" - oficer prowadzący płk. Kuklińskiego
David Forden nigdy nie nazywał Kuklińskiego - również w cytowanym liście - szpiegiem, czy agentem, lecz zawsze sprzymierzeńcem (aliantem) Stanów Zjednoczonych
avatar
Ryszard
Czarnecki

Huzia na Madziara czyli UE kontra Węgry
Przed blisko pięcioma miesiącami Budapeszt potępiono w europarlamencie 448 głosami przy sprzeciwie blisko 200 i wstrzymujących się niespełna 50 (po raz pierwszy w historii obecności Węgrów w Europejskiej Partii Ludowej aż dwie trzecie ich własnej frakcji zagłosowało przeciwko nim). Wówczas, aby osiągnąć 2/3 niezbędne do „uruchomienia” Rady zastosowano identyczny manewr jak przy moim odwołaniu czyli nie wliczono głosów wstrzymujących. Dzięki temu „antywęgierska” większość uzyskała wymagany limit. Jednak już 17 października 2018 Budapeszt formalnie zaskarżył ten tryb poprzez skargę do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (ECJ). Podobnie zresztą jak ja po analogicznej procedurze europarlamentu. I ja i Budapeszt czekamy na wyrok Trybunału w Luksemburgu. Mogą one podobno zapaść , w obu przypadkach, wiosną tego roku.

Drogi Użytkowniku,

Nasz Serwis korzysta z plików cookies. Przez dalsze aktywne korzystanie z naszego Serwisu (zamknięcie komunikatu, kliknięcie na elementy na stronie poza komunikatem, przeglądanie Serwisu z otwartym komunikatem) bez zmian ustawień Twojej przeglądarki, wyrażasz zgodę na:
• przetwarzanie danych osobowych przez Tysol Sp. z o.o. i naszych zaufanych partnerów do celów marketingowych, w szczególności na potrzeby wyświetlania reklam dopasowanych do Twoich zainteresowań i preferencji. Wyrażenie zgody jest dobrowolne a wyrażoną zgodę możesz w każdej chwili cofnąć, niezależnie od zgód wyrażonych na pozostałe rodzaje przetwarzania danych. Dowiedz się więcej o zgodzie marketingowej w naszej Polityce prywatności / Cofnij zgodę.

• na zapisywanie plików cookies w Twoim urządzeniu końcowym oraz na korzystanie z informacji w nich zapisanych. Ten rodzaj plików cookies pozwala nam na dopasowanie treści dostępnych w Serwisie do Twoich preferencji, utrzymywania sesji po zalogowaniu oraz zapewnienia optymalnej funkcjonalności Serwisu. Więcej o plikach cookies i sposobie przetwarzania Twoich danych osobowych dowiesz się w naszej Polityce prywatności.