Dr Artur Bartoszewicz. Największym unijnym „exitowcem” jest Ursula von der Leyen

– Największym unijnym „exitowcem” jest Ursula von der Leyen, czyli bardzo autokratyczny szef Komisji Europejskiej, który w ogóle nie liczy się ze zdaniem państw narodowych – mówi Artur Bartoszewicz, doktor nauk ekonomicznych, wykładowca Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, w rozmowie z Agnieszką Żurek.
Ursula von der Leyen Dr Artur Bartoszewicz. Największym unijnym „exitowcem” jest Ursula von der Leyen
Ursula von der Leyen / Wikipedia CC BY-SA 3,0 de Mueller/MSC

– Czy Polska jest krajem suwerennym? A jeśli tak, co o tym świadczy?

– Przedstawiamy się jako państwo suwerenne, zakładając, że suwerenność ogranicza się do posiadania terytorium, własnego języka, możliwości podejmowania decyzji w trakcie procesu wyborczego i teoretycznej gotowości do obrony swojego kraju. Wszystko to wygląda dobrze na płaszczyźnie deklaratywnej, ale w praktyce, kiedy przyjrzymy się temu, w jakim państwie żyjemy, na jakich warunkach i w jakich relacjach międzynarodowych, wtedy ta suwerenność nabiera charakteru niezwykle dyskusyjnego.

Czytaj także: Ekspert: Praca jest wspólnotą. A nie żadnym towarem

 

Czy Polska jest jeszcze suwerenna?

– W jakich obszarach?

– Po pierwsze w aspekcie bezpieczeństwa. Czy możemy potwierdzić i zapewnić, że jesteśmy w stanie obronić terytorium własnego kraju? Opieramy się w tej kwestii na wspólnym przedsięwzięciu, jakim jest NATO, co oczywiście jest podnoszone jako argument pozytywny, ale w praktyce wiąże się to z tym, że ktoś za nas podejmuje decyzje o gotowości obrony terytorium Polski, a w naszym kraju obecne są obce wojska. Rzecz jasna to my sami wnioskowaliśmy o tę obecność, czyli teoretycznie oddaliśmy się w aspekcie bezpieczeństwa we władanie innego państwa i innego narodu, który nam ma gwarantować bezpieczeństwo. Istotny aspekt, który warto jest podnieść w kontekście suwerenności, to pytanie o to, jakie mamy zachowane swobody związane z prostym podejmowaniem decyzji. Jeżeli popatrzymy na aspekt gospodarczy, będziemy zapewne przekonani, że polityki fiskalna i pieniężna są kształtowane przez suwerena danego państwa. Jeśli jednak przyjrzymy się bliżej temu, w jaki sposób została zbudowana polityka fiskalna, dostrzeżemy, że jest ona oparta na całkowicie zewnętrznych decyzjach Komisji Europejskiej, która dysponuje ogromną siłą nacisku. Ta siła wynika z traktatów wspólnotowych, na które zdecydowaliśmy się zgodzić.
 
– To znaczy?

– Komisja Europejska lub poszczególni komisarze mogą nakładać na państwa narodowe kary, czyli represjonować za zachowania, które są niespójne z ich oczekiwaniami. Indywidualny komisarz unijny, a także Trybunał Sprawiedliwości UE są de facto ponad siłą państwa narodowego, czyli tak naprawdę poza obszarem władania suwerena. Owszem, podejmujemy rozmaite aktywności dające nam poczucie sprawczości, suweren może sobie wybrać parlament, a parlament może stworzyć rząd. Pojawia się jednak pytanie, czy rząd narodowy ma siłę potrzebną do wykonywania wszelkich prerogatyw, które wiążą się z funkcjonowaniem państwa w tak zorganizowanej UE?
 
– Na jakim przykładzie można to zobrazować?

– Warto sobie zadać pytanie o reakcję suwerena społeczeństwa polskiego wobec władzy.

Testem jest tutaj sprzeciw suwerena wobec władzy – innymi słowy: uznajemy, że suweren rozpoznaje ośrodek władzy tam, dokąd udaje się ze swoim protestem. Jeżeli popatrzymy na to, co się dzieje w ostatnich miesiącach w Polsce, czyli na fakt, że polscy rolnicy czy transportowcy nie protestują przeciwko polskiemu rządowi, tylko przeciwko Komisji Europejskiej, mówi to nam o tym, że suweren wskazuje, gdzie znajduje się rzeczywisty władca.

Obywatele wskazują go nie w ośrodkach rządowym czy prezydenckim, ale poza nimi. To objaw słabości w obszarze suwerenności. Prowadzi to do sytuacji, kiedy to ani prezydent, ani premier, ani parlament nie są w stanie podjąć decyzji, których oczekują protestujący i rozwiązać podstawowego problemu, który został ujawniony.
 
– Czyli kwestii naszych relacji gospodarczych z Ukrainą?
 
– Obecnie mamy konflikt z sąsiadem w sprawie produktów rolnych. Państwo suwerenne rozwiązałoby ten problem samodzielnie. Nasze państwo natomiast nie jest w stanie zrobić tego bez decyzji zewnętrznej. Nasz sąsiad, czyli Ukraina, potrafi natomiast zwrócić się do Brukseli z żądaniem wsparcia swojego stanowiska, a Bruksela jest w stanie opowiedzieć się za Ukrainą – niebędącą członkiem Unii Europejskiej – i przeciwko nam, czyli tym, którzy są w Unii. Oddaliśmy zatem sporą część naszej suwerenności organizacji, która w kwestii spornej staje po stronie naszego adwersarza. 

Czytaj także: [Felieton "TS"] Karol Gac : Dopaść Glapińskiego

 
Politycy ciężko pracują nad polexitem

– Z niedawnego sondażu wynika, że aż 20% Polaków popiera polexit. Ta tendencja będzie rosnąć?

– Politycy wszystkich opcji ciężko pracują, żeby tak właśnie było. Polacy bardzo pozytywnie podeszli do idei wspólnoty, ale do rzeczywistej wspólnoty państw narodowych, a nie do idei państwa federalnego, w jakie przekształciła się Unia Europejska.

Wspólnota dba o interesy wszystkich, natomiast w obecnym kształcie UE interesy poszczególnych państw członkowskich są zaniedbywane na rzecz hegemona, czyli Niemiec. Sposób prowadzenia polskiej polityki wobec Unii świadczy o słabości naszych władz. Polacy to widzą i zaczynają mieć wątpliwości, czy członkostwo w Unii przynosi nam więcej korzyści, czy strat. Od wielu miesięcy twierdzę, że największym unijnym „exitowcem” jest Ursula von der Leyen, czyli bardzo autokratyczny szef Komisji Europejskiej, który w ogólne nie liczy się ze zdaniem państw narodowych, ponieważ reprezentuje interesy niemieckie. Unijna polityka bazuje na ideologiach, które dewastują gospodarki i społeczeństwa poszczególnych państw. Jeśli po wyborach do europarlamentu okaże się, że pani von der Leyen nadal będzie sprawować swoją funkcję, to sądzę, że w ciągu 2–3 lat poziom niechęci do Unii Europejskiej i poziom poparcia dla polexitu radykalnie wzrosną. Obecnie wynosi on 20%, a za kilka lat może to być 60%.

Polaków charakteryzuje prosta cecha: jeśli weźmie się nas pod but, to tego nie zniesiemy, choćby tym butem była pięknie uszyta szpilka.

– Niemiecki but kojarzy się bardziej z obuwiem wojskowym niż ze szpilkami.
 
– Nie zniesiemy żadnego. Proszę zauważyć, że dopóki Ukraina okazywała nam przyjaźń bądź udawała do nas sympatię, byliśmy do niej bardzo pozytywnie usposobieni. Kiedy zmieniła swoje nastawienie we wrogie, skończyła się nasza naiwność. Polacy to jedyny naród w Europie, który jest w stanie jeszcze się zbuntować. Nawet jeśli jesteśmy chwilowo słabsi, na dłuższą metę nie będziemy w stanie znieść braku wolności. Jeśli Unia bez zgody Polaków zamieni się w pełni w państwo federalne, będziemy pierwszymi, którzy ją rozwalą. W podręcznikach to wydarzenie będzie opisywane jako pierwsze powstanie w Unii Europejskiej – w rozdziale mówiącym o tym, jak upadła UE. Polaków nie da się wziąć pod but. Nawet jeśli przez chwilę się na coś nabierzemy, coś zrobimy bez właściwej świadomości, na koniec zawsze wrócimy do naszych wartości narodowych, to jest w naszym DNA. Pokazała to historia Polski.

W żadnym innym narodzie nie było takiego umiłowania wolności i takiej siły do odbudowywania się po klęskach. Jeżeli Unia Europejska tego nie rozumie, powinna się jak najprędzej skończyć.

Nie mówię, że to popieram i że chciałbym, żeby tak było, ale ostrzegam przed konsekwencjami prób pomiatania Polakami. Podobnie mówiłem na początku wojny na Ukrainie, ostrzegałem, że „przyjaźń” między naszymi narodami jest fałszywa i że skończy się wydarzeniami, które dzisiaj obserwujemy. To samo dotyczy Unii. Albo Komisja Europejska się opamięta, albo za chwilę będziemy mieć do czynienia z katastrofą Unii. I dojdzie do niej na życzenie jej władz, a nie dlatego że Polacy tego chcą.
 
– Może po to są plany stworzenia armii europejskiej? Może niekoniecznie miałaby bronić Europy przed zagrożeniami zewnętrznymi, ale tłumić ewentualne bunty jej obywateli?

– Armia Europejska to jest taki mechanizm, który ma zapewnić, żeby na ewentualnych wojnach korzystali Niemcy, Francuzi, Holendrzy czy Belgowie, a mięsem armatnim byli obywatele Europy Środkowo-Wschodniej.

Zachodni decydenci byliby w wojnie generałami, a Polacy – żołnierzami. Temat wojny w Europie jest wałkowany przez wszystkich polityków. A przecież wojna w Donbasie trwa już od 2014 roku, czyli od 10 lat. Przed rokiem 2022 nikt się nią nie przejmował. Wojna nie toczy się też na terenie całej Ukrainy. Można postawić hipotezę, że mówi się o niej bez przerwy m.in. po to, aby wzbudzać lęki całego społeczeństwa ukraińskiego – po to, żeby mieszkańcy tego kraju uciekali na Zachód i zasilali siłą roboczą tamtejsze gospodarki. Ukraińcy tego nie rozumieją, a ludzie, którzy nimi rządzą, są totalnymi oszustami. Przy tej polityce, którą obecnie prowadzą, Ukrainy niedługo nie będzie. Z drugiej strony jednak nie interesuje mnie to. Mnie interesuje Rzeczpospolita i jej bezpieczeństwo. Widzę zagrożenia dla naszego bezpieczeństwa na wielu polach. Próbuje się nas rozdygotać, wywołać w nas niepewność, wybić nas z racjonalnego myślenia, żeby tym łatwiej omamić nas różnego rodzaju „świecidełkami”. 
 
– Czyli pochwałami i obietnicami bez pokrycia?

– Tak, pompuje się nas, wmawia się nam, że mamy się „wykazać”, „zdać egzamin” itd. To podobny mechanizm, z którym mamy do czynienia przed wszystkimi mistrzostwami Europy w piłce nożnej. Najpierw się tworzy w nas fałszywe nadzieje, opowiada o tym, jacy będziemy wielcy, a następnie płaczemy po nieuchronnej klęsce.

To samo dzieje się w obszarze pomagania Ukrainie. Chwali się nas za to do granic możliwości, a my w tym wszystkim działamy w romantycznym uniesieniu, zapominając o naszym własnym interesie. Tak nie buduje się siły własnego narodu ani korzystnej pozycji międzynarodowej. Mamy takie kompleksy, że za garść pochwał oddamy wszystko, co mamy, a na dodatek naiwnie sądzimy, że obywatele innych krajów będą działać podobnie. Nie będą. W Europie nadal istnieją narody, które uważają się za ważniejsze niż inne. Niemcy nie zrezygnowały z dążenia do pełni władzy w Europie. Kiedy słyszę radość polskich polityków z tego, że nasz zachodni sąsiad się zbroi, pytam, co stało się z ich mózgami i ze znajomością historii. Najbardziej skompromitowany historycznie naród w Europie został po II wojnie światowej rozbrojony i objęty kordonem sanitarnym, żeby nigdy nie przyszło mu do głowy powtarzanie podboju Europy. Nie cieszę się, że Niemcy się zbroją, boję się uzbrojonych Niemców. Ja chcę mieć uzbrojoną Rzeczpospolitą. Nie chcę także silnej i dobrze uzbrojonej Ukrainy, która będzie współpracowała z Niemcami. Rozbrajając się na rzecz Ukrainy, możemy sobie własnoręcznie zbudować szubienicę i doprowadzić do tego, że będziemy musieli bronić się zarówno od wschodu, jak i od zachodu. Nasi politycy powinni wreszcie to zrozumieć i otrzeźwieć. Zamiast tego jednak pani minister edukacji wybiera kierunek wzmacniania tożsamości ukraińskiej wśród ludzi, którzy wyemigrowali do Polski. W ten sposób tworzymy niekoniecznie nam przychylny silny ośrodek mniejszościowy, któremu za chwilę nadamy prawa wyborcze. Nie akceptujemy własnego nacjonalizmu, za to chętnie będziemy promować cudzy. To obłęd. Zamiast budować wewnętrzną spójność Rzeczypospolitej i wzmacniać własną tożsamość, zajmujemy się wzmacnianiem tożsamości własnego wroga historycznego. Gdyby tak działał jakikolwiek polityk niemiecki czy francuski, długo by swojego stanowiska nie piastował. Tymczasem my znajdujemy się w takim stanie skolonizowania umysłów, że za chwilę jeszcze przeprosimy Ukraińców za Wołyń i zaczniemy w Polsce budować pomniki UPA. A za jakiś czas może zostanie wprowadzone prawo o „mowie nienawiści” i wtedy za takie słowa, które teraz wypowiadam, będę mógł trafić do więzienia. 
 
 

Co robić?

– Co powinniśmy robić?
 
– Walczyć o siebie i pozbyć się kompleksów. Od początku wojny mówiłem, że prezydent Ukrainy powinien wystąpić o Pokojową Nagrodę Nobla dla obywateli Rzeczypospolitej. Nie było na to niemal żadnego odzewu. Zareagowała jedynie ambasador amerykańska Georgette Mosbacher, a po niej ambasador Mark Brzezinski. Było to jednak jedynie takie miękkie poparcie, nie poszła za tym decyzja prezydenta Stanów Zjednoczonych. Dlaczego? Dlatego że wzmocniłoby to naród polski i uplasowało go w świecie w zupełnie innym wymiarze wartości. Spowodowałoby, że państwo skolonizowane podniosłoby głowę, nabrałoby siły i zaczęłoby stawiać warunki. A to nie jest naszym kolonizatorom na rękę. My mamy być w tej politycznej grze jedynie instrumentem, a nie podmiotem. I jeżeli sami nie określimy w niej własnej podmiotowości, nikt z zewnątrz nam jej nie da, niezależnie od tego, jakie jeszcze poniesiemy ofiary na rzecz innych państw i narodów.

Przepraszam, że to powiem, ale Józef Piłsudski we współczesnym państwie wyjąłby szablę i łby poleciałyby równo.

[Artur Bartoszewicz jest doktorem nauk ekonomicznych, ekspertem w zakresie polityki publicznej i wykładowcą w Kolegium Ekonomiczno-Społecznym Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie]


Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...

 

POLECANE
Tadeusz Płużański: Jaruzelski na Powązkach Wiadomości
Tadeusz Płużański: Jaruzelski na Powązkach

Zmarł 25 maja 2014 r., a jego pogrzeb odbył się 30 maja na Powązkach Wojskowych w Warszawie. Tyle tylko, że ten komunistyczny zbrodniarz nigdy nie powinien spocząć na tym wyjątkowym polskim cmentarzu. Oczywiście, rzecz dotyczy towarzysza Wojciecha Jaruzelskiego.

Świątek poznała pierwszą rywalkę na French Open z ostatniej chwili
Świątek poznała pierwszą rywalkę na French Open

Liderka światowego rankingu tenisistek Iga Świątek zagra z Francuzką Leolią Jeanjean, a rozstawiony z numerem 8. Hubert Hurkacz z Japończykiem Shintaro Mochizukim w pierwszej rundzie wielkoszlemowego French Open. Turniej w Paryżu rozpocznie się w niedzielę.

Posłowie koalicji rządzącej chcą postawić Macieja Świrskiego przed Trybunałem Stanu. „To próba zastraszenia” z ostatniej chwili
Posłowie koalicji rządzącej chcą postawić Macieja Świrskiego przed Trybunałem Stanu. „To próba zastraszenia”

– Ten cały wniosek to jest oczywiście próba zastraszenia KRRiT i mnie – powiedział w piątek o złożonym w Sejmie wstępnym wniosku o postawieniu go przed Trybunałem Stanu przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (KRRiT) Maciej Świrski.

Lżona podczas ataku na granicę z Białorusią kpt. Anna Michalska wygrała w sądzie z aktywistą tylko u nas
Lżona podczas ataku na granicę z Białorusią kpt. Anna Michalska wygrała w sądzie z aktywistą

Była rzecznik prasowa Straży Granicznej Anna Michalska wygrała sprawę z aktywistą „Człowiek Lasu”.

Roksana Węgiel nie wytrzymała: „Niech każdy się zajmie swoim życiem” z ostatniej chwili
Roksana Węgiel nie wytrzymała: „Niech każdy się zajmie swoim życiem”

– Niech każdy się zajmie swoim życiem – odpowiedziała Roksana Węgiel na pytanie reportera Pomponika. O co poszło?

Burze nad polską. Strażacy odebrali setki zgłoszeń z ostatniej chwili
Burze nad polską. Strażacy odebrali setki zgłoszeń

Strażacy w związku z frontem burzowym na południu Polski do godz. 19 odebrali 580 zgłoszeń - przekazał w piątek PAP rzecznik prasowy PSP st. bryg. Karol Kierzkowski.

Nie żyje znany polski piłkarz z ostatniej chwili
Nie żyje znany polski piłkarz

Media obiegła smutna wiadomość. Nie żyje znany polski piłkarz.

Joński: „Będziemy chcieli złożyć zawiadomienie do prokuratury na Kaczyńskiego” z ostatniej chwili
Joński: „Będziemy chcieli złożyć zawiadomienie do prokuratury na Kaczyńskiego”

– Będziemy chcieli złożyć zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnieniu przestępstwa przez Jarosława Kaczyńskiego „za sprawczość kierowniczą” – poinformował szef komisji ds. „wyborów kopertowych” Dariusz Joński.

Będzie naprawdę niebezpiecznie. IMGW wydał komunikat z ostatniej chwili
Będzie naprawdę niebezpiecznie. IMGW wydał komunikat

W piątek i sobotę kontynuacja groźnej pogody, zwłaszcza w zachodniej, południowo-zachodniej i południowej części kraju. Przelotnych burz i opadów możemy spodziewać się jednak w całej Polsce – poinformował PAP synoptyk Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej Michał Folwarski.

Tragiczny wypadek. Nie żyje 6-letni chłopiec z ostatniej chwili
Tragiczny wypadek. Nie żyje 6-letni chłopiec

Media obiegła informacja o tragicznym wypadku, do jakiego doszło w Romanowie w woj. wielkopolskim. Nie żyje 6-letni chłopiec.

REKLAMA

Dr Artur Bartoszewicz. Największym unijnym „exitowcem” jest Ursula von der Leyen

– Największym unijnym „exitowcem” jest Ursula von der Leyen, czyli bardzo autokratyczny szef Komisji Europejskiej, który w ogóle nie liczy się ze zdaniem państw narodowych – mówi Artur Bartoszewicz, doktor nauk ekonomicznych, wykładowca Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, w rozmowie z Agnieszką Żurek.
Ursula von der Leyen Dr Artur Bartoszewicz. Największym unijnym „exitowcem” jest Ursula von der Leyen
Ursula von der Leyen / Wikipedia CC BY-SA 3,0 de Mueller/MSC

– Czy Polska jest krajem suwerennym? A jeśli tak, co o tym świadczy?

– Przedstawiamy się jako państwo suwerenne, zakładając, że suwerenność ogranicza się do posiadania terytorium, własnego języka, możliwości podejmowania decyzji w trakcie procesu wyborczego i teoretycznej gotowości do obrony swojego kraju. Wszystko to wygląda dobrze na płaszczyźnie deklaratywnej, ale w praktyce, kiedy przyjrzymy się temu, w jakim państwie żyjemy, na jakich warunkach i w jakich relacjach międzynarodowych, wtedy ta suwerenność nabiera charakteru niezwykle dyskusyjnego.

Czytaj także: Ekspert: Praca jest wspólnotą. A nie żadnym towarem

 

Czy Polska jest jeszcze suwerenna?

– W jakich obszarach?

– Po pierwsze w aspekcie bezpieczeństwa. Czy możemy potwierdzić i zapewnić, że jesteśmy w stanie obronić terytorium własnego kraju? Opieramy się w tej kwestii na wspólnym przedsięwzięciu, jakim jest NATO, co oczywiście jest podnoszone jako argument pozytywny, ale w praktyce wiąże się to z tym, że ktoś za nas podejmuje decyzje o gotowości obrony terytorium Polski, a w naszym kraju obecne są obce wojska. Rzecz jasna to my sami wnioskowaliśmy o tę obecność, czyli teoretycznie oddaliśmy się w aspekcie bezpieczeństwa we władanie innego państwa i innego narodu, który nam ma gwarantować bezpieczeństwo. Istotny aspekt, który warto jest podnieść w kontekście suwerenności, to pytanie o to, jakie mamy zachowane swobody związane z prostym podejmowaniem decyzji. Jeżeli popatrzymy na aspekt gospodarczy, będziemy zapewne przekonani, że polityki fiskalna i pieniężna są kształtowane przez suwerena danego państwa. Jeśli jednak przyjrzymy się bliżej temu, w jaki sposób została zbudowana polityka fiskalna, dostrzeżemy, że jest ona oparta na całkowicie zewnętrznych decyzjach Komisji Europejskiej, która dysponuje ogromną siłą nacisku. Ta siła wynika z traktatów wspólnotowych, na które zdecydowaliśmy się zgodzić.
 
– To znaczy?

– Komisja Europejska lub poszczególni komisarze mogą nakładać na państwa narodowe kary, czyli represjonować za zachowania, które są niespójne z ich oczekiwaniami. Indywidualny komisarz unijny, a także Trybunał Sprawiedliwości UE są de facto ponad siłą państwa narodowego, czyli tak naprawdę poza obszarem władania suwerena. Owszem, podejmujemy rozmaite aktywności dające nam poczucie sprawczości, suweren może sobie wybrać parlament, a parlament może stworzyć rząd. Pojawia się jednak pytanie, czy rząd narodowy ma siłę potrzebną do wykonywania wszelkich prerogatyw, które wiążą się z funkcjonowaniem państwa w tak zorganizowanej UE?
 
– Na jakim przykładzie można to zobrazować?

– Warto sobie zadać pytanie o reakcję suwerena społeczeństwa polskiego wobec władzy.

Testem jest tutaj sprzeciw suwerena wobec władzy – innymi słowy: uznajemy, że suweren rozpoznaje ośrodek władzy tam, dokąd udaje się ze swoim protestem. Jeżeli popatrzymy na to, co się dzieje w ostatnich miesiącach w Polsce, czyli na fakt, że polscy rolnicy czy transportowcy nie protestują przeciwko polskiemu rządowi, tylko przeciwko Komisji Europejskiej, mówi to nam o tym, że suweren wskazuje, gdzie znajduje się rzeczywisty władca.

Obywatele wskazują go nie w ośrodkach rządowym czy prezydenckim, ale poza nimi. To objaw słabości w obszarze suwerenności. Prowadzi to do sytuacji, kiedy to ani prezydent, ani premier, ani parlament nie są w stanie podjąć decyzji, których oczekują protestujący i rozwiązać podstawowego problemu, który został ujawniony.
 
– Czyli kwestii naszych relacji gospodarczych z Ukrainą?
 
– Obecnie mamy konflikt z sąsiadem w sprawie produktów rolnych. Państwo suwerenne rozwiązałoby ten problem samodzielnie. Nasze państwo natomiast nie jest w stanie zrobić tego bez decyzji zewnętrznej. Nasz sąsiad, czyli Ukraina, potrafi natomiast zwrócić się do Brukseli z żądaniem wsparcia swojego stanowiska, a Bruksela jest w stanie opowiedzieć się za Ukrainą – niebędącą członkiem Unii Europejskiej – i przeciwko nam, czyli tym, którzy są w Unii. Oddaliśmy zatem sporą część naszej suwerenności organizacji, która w kwestii spornej staje po stronie naszego adwersarza. 

Czytaj także: [Felieton "TS"] Karol Gac : Dopaść Glapińskiego

 
Politycy ciężko pracują nad polexitem

– Z niedawnego sondażu wynika, że aż 20% Polaków popiera polexit. Ta tendencja będzie rosnąć?

– Politycy wszystkich opcji ciężko pracują, żeby tak właśnie było. Polacy bardzo pozytywnie podeszli do idei wspólnoty, ale do rzeczywistej wspólnoty państw narodowych, a nie do idei państwa federalnego, w jakie przekształciła się Unia Europejska.

Wspólnota dba o interesy wszystkich, natomiast w obecnym kształcie UE interesy poszczególnych państw członkowskich są zaniedbywane na rzecz hegemona, czyli Niemiec. Sposób prowadzenia polskiej polityki wobec Unii świadczy o słabości naszych władz. Polacy to widzą i zaczynają mieć wątpliwości, czy członkostwo w Unii przynosi nam więcej korzyści, czy strat. Od wielu miesięcy twierdzę, że największym unijnym „exitowcem” jest Ursula von der Leyen, czyli bardzo autokratyczny szef Komisji Europejskiej, który w ogólne nie liczy się ze zdaniem państw narodowych, ponieważ reprezentuje interesy niemieckie. Unijna polityka bazuje na ideologiach, które dewastują gospodarki i społeczeństwa poszczególnych państw. Jeśli po wyborach do europarlamentu okaże się, że pani von der Leyen nadal będzie sprawować swoją funkcję, to sądzę, że w ciągu 2–3 lat poziom niechęci do Unii Europejskiej i poziom poparcia dla polexitu radykalnie wzrosną. Obecnie wynosi on 20%, a za kilka lat może to być 60%.

Polaków charakteryzuje prosta cecha: jeśli weźmie się nas pod but, to tego nie zniesiemy, choćby tym butem była pięknie uszyta szpilka.

– Niemiecki but kojarzy się bardziej z obuwiem wojskowym niż ze szpilkami.
 
– Nie zniesiemy żadnego. Proszę zauważyć, że dopóki Ukraina okazywała nam przyjaźń bądź udawała do nas sympatię, byliśmy do niej bardzo pozytywnie usposobieni. Kiedy zmieniła swoje nastawienie we wrogie, skończyła się nasza naiwność. Polacy to jedyny naród w Europie, który jest w stanie jeszcze się zbuntować. Nawet jeśli jesteśmy chwilowo słabsi, na dłuższą metę nie będziemy w stanie znieść braku wolności. Jeśli Unia bez zgody Polaków zamieni się w pełni w państwo federalne, będziemy pierwszymi, którzy ją rozwalą. W podręcznikach to wydarzenie będzie opisywane jako pierwsze powstanie w Unii Europejskiej – w rozdziale mówiącym o tym, jak upadła UE. Polaków nie da się wziąć pod but. Nawet jeśli przez chwilę się na coś nabierzemy, coś zrobimy bez właściwej świadomości, na koniec zawsze wrócimy do naszych wartości narodowych, to jest w naszym DNA. Pokazała to historia Polski.

W żadnym innym narodzie nie było takiego umiłowania wolności i takiej siły do odbudowywania się po klęskach. Jeżeli Unia Europejska tego nie rozumie, powinna się jak najprędzej skończyć.

Nie mówię, że to popieram i że chciałbym, żeby tak było, ale ostrzegam przed konsekwencjami prób pomiatania Polakami. Podobnie mówiłem na początku wojny na Ukrainie, ostrzegałem, że „przyjaźń” między naszymi narodami jest fałszywa i że skończy się wydarzeniami, które dzisiaj obserwujemy. To samo dotyczy Unii. Albo Komisja Europejska się opamięta, albo za chwilę będziemy mieć do czynienia z katastrofą Unii. I dojdzie do niej na życzenie jej władz, a nie dlatego że Polacy tego chcą.
 
– Może po to są plany stworzenia armii europejskiej? Może niekoniecznie miałaby bronić Europy przed zagrożeniami zewnętrznymi, ale tłumić ewentualne bunty jej obywateli?

– Armia Europejska to jest taki mechanizm, który ma zapewnić, żeby na ewentualnych wojnach korzystali Niemcy, Francuzi, Holendrzy czy Belgowie, a mięsem armatnim byli obywatele Europy Środkowo-Wschodniej.

Zachodni decydenci byliby w wojnie generałami, a Polacy – żołnierzami. Temat wojny w Europie jest wałkowany przez wszystkich polityków. A przecież wojna w Donbasie trwa już od 2014 roku, czyli od 10 lat. Przed rokiem 2022 nikt się nią nie przejmował. Wojna nie toczy się też na terenie całej Ukrainy. Można postawić hipotezę, że mówi się o niej bez przerwy m.in. po to, aby wzbudzać lęki całego społeczeństwa ukraińskiego – po to, żeby mieszkańcy tego kraju uciekali na Zachód i zasilali siłą roboczą tamtejsze gospodarki. Ukraińcy tego nie rozumieją, a ludzie, którzy nimi rządzą, są totalnymi oszustami. Przy tej polityce, którą obecnie prowadzą, Ukrainy niedługo nie będzie. Z drugiej strony jednak nie interesuje mnie to. Mnie interesuje Rzeczpospolita i jej bezpieczeństwo. Widzę zagrożenia dla naszego bezpieczeństwa na wielu polach. Próbuje się nas rozdygotać, wywołać w nas niepewność, wybić nas z racjonalnego myślenia, żeby tym łatwiej omamić nas różnego rodzaju „świecidełkami”. 
 
– Czyli pochwałami i obietnicami bez pokrycia?

– Tak, pompuje się nas, wmawia się nam, że mamy się „wykazać”, „zdać egzamin” itd. To podobny mechanizm, z którym mamy do czynienia przed wszystkimi mistrzostwami Europy w piłce nożnej. Najpierw się tworzy w nas fałszywe nadzieje, opowiada o tym, jacy będziemy wielcy, a następnie płaczemy po nieuchronnej klęsce.

To samo dzieje się w obszarze pomagania Ukrainie. Chwali się nas za to do granic możliwości, a my w tym wszystkim działamy w romantycznym uniesieniu, zapominając o naszym własnym interesie. Tak nie buduje się siły własnego narodu ani korzystnej pozycji międzynarodowej. Mamy takie kompleksy, że za garść pochwał oddamy wszystko, co mamy, a na dodatek naiwnie sądzimy, że obywatele innych krajów będą działać podobnie. Nie będą. W Europie nadal istnieją narody, które uważają się za ważniejsze niż inne. Niemcy nie zrezygnowały z dążenia do pełni władzy w Europie. Kiedy słyszę radość polskich polityków z tego, że nasz zachodni sąsiad się zbroi, pytam, co stało się z ich mózgami i ze znajomością historii. Najbardziej skompromitowany historycznie naród w Europie został po II wojnie światowej rozbrojony i objęty kordonem sanitarnym, żeby nigdy nie przyszło mu do głowy powtarzanie podboju Europy. Nie cieszę się, że Niemcy się zbroją, boję się uzbrojonych Niemców. Ja chcę mieć uzbrojoną Rzeczpospolitą. Nie chcę także silnej i dobrze uzbrojonej Ukrainy, która będzie współpracowała z Niemcami. Rozbrajając się na rzecz Ukrainy, możemy sobie własnoręcznie zbudować szubienicę i doprowadzić do tego, że będziemy musieli bronić się zarówno od wschodu, jak i od zachodu. Nasi politycy powinni wreszcie to zrozumieć i otrzeźwieć. Zamiast tego jednak pani minister edukacji wybiera kierunek wzmacniania tożsamości ukraińskiej wśród ludzi, którzy wyemigrowali do Polski. W ten sposób tworzymy niekoniecznie nam przychylny silny ośrodek mniejszościowy, któremu za chwilę nadamy prawa wyborcze. Nie akceptujemy własnego nacjonalizmu, za to chętnie będziemy promować cudzy. To obłęd. Zamiast budować wewnętrzną spójność Rzeczypospolitej i wzmacniać własną tożsamość, zajmujemy się wzmacnianiem tożsamości własnego wroga historycznego. Gdyby tak działał jakikolwiek polityk niemiecki czy francuski, długo by swojego stanowiska nie piastował. Tymczasem my znajdujemy się w takim stanie skolonizowania umysłów, że za chwilę jeszcze przeprosimy Ukraińców za Wołyń i zaczniemy w Polsce budować pomniki UPA. A za jakiś czas może zostanie wprowadzone prawo o „mowie nienawiści” i wtedy za takie słowa, które teraz wypowiadam, będę mógł trafić do więzienia. 
 
 

Co robić?

– Co powinniśmy robić?
 
– Walczyć o siebie i pozbyć się kompleksów. Od początku wojny mówiłem, że prezydent Ukrainy powinien wystąpić o Pokojową Nagrodę Nobla dla obywateli Rzeczypospolitej. Nie było na to niemal żadnego odzewu. Zareagowała jedynie ambasador amerykańska Georgette Mosbacher, a po niej ambasador Mark Brzezinski. Było to jednak jedynie takie miękkie poparcie, nie poszła za tym decyzja prezydenta Stanów Zjednoczonych. Dlaczego? Dlatego że wzmocniłoby to naród polski i uplasowało go w świecie w zupełnie innym wymiarze wartości. Spowodowałoby, że państwo skolonizowane podniosłoby głowę, nabrałoby siły i zaczęłoby stawiać warunki. A to nie jest naszym kolonizatorom na rękę. My mamy być w tej politycznej grze jedynie instrumentem, a nie podmiotem. I jeżeli sami nie określimy w niej własnej podmiotowości, nikt z zewnątrz nam jej nie da, niezależnie od tego, jakie jeszcze poniesiemy ofiary na rzecz innych państw i narodów.

Przepraszam, że to powiem, ale Józef Piłsudski we współczesnym państwie wyjąłby szablę i łby poleciałyby równo.

[Artur Bartoszewicz jest doktorem nauk ekonomicznych, ekspertem w zakresie polityki publicznej i wykładowcą w Kolegium Ekonomiczno-Społecznym Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie]



Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...

 

Polecane
Emerytury
Stażowe