loading
Proszę czekać...
reklama_pozioma
To już trzy lata. "Solidarność" dla ukraińskiego Majdanu: "Byliśmy praktycznie pierwsi" [+fotorelacja]
Opublikowano dnia 26.02.2017 00:07
Protesty w Kijowie rozpoczęły się 21 listopada 2013 z powodu odłożenia przez prezydenta Wiktora Janukowycza podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Opozycja zażądała ustąpienia głowy państwa. Brutalna interwencja jednostki specjalnej Berkut 30 listopada wywołała wzrost oburzenia, w wyniku czego, już 1 grudnia na ulicach Kijowa protestowało już 800 tysięcy Ukraińców. Uliczne walki z 18–20 lutego 2014 kosztowały życie i zdrowie kilkuset osób. To był początek końca reżimu. Już 26 lutego polska "Solidarność" pojechała na ukraiński Majdan z pomocą. Dziś mija trzy lata od tego wydarzenia

Marcin Żegliński - Tygodnik Solidarność

Z Tadeuszem Majchrowiczem, koordynatorem pomocy Solidarności dla Ukrainy, wiceprzewodniczacym Komisji Krajowej „S” rozmawiał Marek Lewandowski.


-Do szpitali w Chmielnickim i Lwowie trafi kolejna partia pomocy „Solidarności” dla rannych na Ukrainie. Spróbujmy podsumować co udało się zrobić do tej pory.

-Trudno tak w dwóch zdaniach. To trzeci transport z pomocą dla szpitali. Pierwszy trafił już 26 lutego, a więc tydzień po masakrze. Pamiętam wielkie zdziwienie personelu, że tak szybko się tam pojawiliśmy.

-Zdziwienie?

-Wielkie zaskoczenie. Tam sytuacja była bardzo skomplikowana. Nikt nie wiedział w jakim kierunku się rozwinie. Świetnie wyposażone szpitale kliniczne należące do wojska, MSW, zależne od Janukowycza nie chciały przyjmować rannych. A w tych, w których przyjmowali, bali się o ich życie, bo krążyła pogłoska, że Berkut będzie chodził i dobijał rannych.

-Musimy trochę uporządkować naszą rozmowę. To nie jest przecież tak, że sobie przyjechaliście i wręczyliście dary. Jak to wygląda od kuchni?

-Masz rację. Tak to można sobie pojechać i co najwyżej zrobić pamiątkowe zdjęcia. 23 lutego nasz zespół pod kierunkiem Jacka Dutkiewicza, lekarza, weterana wielu misji wojskowych, pojawił się we Lwowie. Tam spotkaliśmy się z merem Lwowa, a potem naczelnym lekarzem, który z kolei skontaktował nas z dyrektorami poszczególnych placówek. Dyrektorzy składali zamówienie, my sprawdzaliśmy, co z tego możemy kupić z zebranych przez nas pieniędzy, i dokonywaliśmy tych zakupów. Spotkaliśmy się też z szefem urzędu celnego – głównym mytnikiem, jak to się u nich mówi – z którym wypracowaliśmy tzw. szybką ścieżkę, dzięki której nasze samochody z ładunkiem do pół tony przejeżdżały przez granicę praktycznie bez kolejki. Spotkaliśmy się również z Yaroshem Tarasem, oligarchą związanym z kijowskim Majdanem, bez którego wszelkie kontakty byłyby wręcz niemożliwe. Musimy zrozumieć, że Ukrainą rządzą ludzie bogaci. Bez nich nic byśmy nie załatwili. To jest w ogóle coś niewyobrażalnego. Obok złotych leksusów, volvo z przyciemnianymi szybami parkowały łady, których w Polsce nikt nie dopuściłby do ruchu. Tam ludzie zarabiający, przeliczając na złotówki, 1000 zł, są bardzo dobrze sytuowani. U nas na Podkarpaciu też są wielkie dysproporcje i bieda, ale to kosmos w porównaniu do tego, co tam zobaczyłem.



Z Marcinem Żeglińskim, fotoreporterem „Tygodnika Solidarność” rozmawiała później Agnieszka Żurek

Uczestniczyłeś niedawno w Marszu Pamięci Ofiar Majdanu w Kijowie. Co się zmieniło od czasu twojej ostatniej wizyty na Ukrainie? 


Chyba niewiele. Duch walki jest tam nadal bardzo silny. Słabnie może jedynie zaufanie Ukraińców do „oficjalnych władz”. Zwierzają się oni ze swoich krytycznych opinii o ludziach, którzy teoretycznie mieli ich reprezentować, ale którzy po uzyskaniu mandatów deputowanych do parlamentu, niejednokrotnie zaczęli zachowywać się w sposób niezrozumiały. W rocznicę masakry na Majdan przyjechała masa ludzi. Niestety, wśród nich było sporo takich, których zabrakło tu rok temu, w tym rozmaitych polityków.

Walczący ochotnicy mają żal do ukraińskich polityków o podpisanie ugody w Mińsku?

Myślę, że tak. Ukraińcy przestali strzelać, a tymczasem nadal są bezlitośnie ostrzeliwani. Kiedy ochotniczy batalion Donbas zaczął współpracować z ukraińską armią, został wkrótce wybity przez Rosjan w pień. Istnieje poważne przypuszczenie, że ktoś podał wrogowi współrzędne stacjonowania tej jednostki. Ochotnicy boją się zatem współdziałania z armią ukraińską. Współpraca ochotników z wojskiem nie układa się najlepiej właśnie ze względu na ogromną liczbę prorosyjskich zdrajców w szeregach armii ukraińskiej. Bataliony ochotnicze takie jak Azow, Donbas i Ajdar, są świetnie zorganizowane i faktycznie działają ofensywnie. Służący tam ludzie są bardzo sprawni i odnoszą stosunkowo niewielkie straty, mimo niedostatków w wyposażeniu. Mają oni bardzo wysokie morale. Ich wycofanie się z Debalcewa było skutkiem decyzji politycznej, oni byli w stanie utrzymać swoje pozycje, choć oczywiście byłoby to okupione stratami. 

Czy w Kijowie „czuć wojnę”?

Mamy przyjaciół w Trzeciej Sotni Samoobrony Obrony Majdanu. Mieszkają oni w forcie w centrum Kijowa, prąd biorą z generatorów, wodę gromadzą w kanistrach i butelkach, śpią na pryczach, ogrzewają się „kozami”, jedzą kaszę z tłuszczem. Prysznic to po prostu konewka zawieszona na sznurku, a kuchnia to palenisko, na którym stoi wielki gar do gotowania kaszy. Tutaj przybywają ochotnicy powracający z wojny i stąd udają się oni na front. A jednocześnie dookoła toczy się „normalne” życie. Kijów bawi się, budują się apartamentowce… Ten kontrast uderza. Kiedy jedziemy do Kijowa nieść pomoc humanitarną, zatrzymujemy się właśnie u naszych przyjaciół z Trzeciej Sotni. Spotkaliśmy tam wielu bohaterów, którzy odnieśli obrażenia na wojnie z Rosją i teraz jeżdżą na wózkach bądź są noszeni przez swoich przyjaciół. 

Cywile przychodzą do fortu pomagać walczącym?

Tak, byłem świadkiem zgłaszania się tam dziewczyn i chłopaków, wolontariuszy, którzy chcieli jakoś pomóc ochotnikom. Część z nich została na przykład zaangażowana do szycia siatek maskujących. Kiedy wstawałem rano po nocy spędzonej w forcie, byłem świadkiem wyjazdu na front grupy kilkunastu chłopaków. Często są to bardzo młodzi ludzie, nie wiem, czy najmłodsi z nich mieli w ogóle ukończone 20 lat. 

Walczą nie tylko mężczyźni.

To prawda. W forcie poznałem na przykład niesamowitą kobietę, nazywaną przez wszystkich „mamą”. Ona sama mówi o sobie, że jest „mamą dla całej Sotni”. W czasie Obrony Majdanu ta drobna pani w średnim wieku miała za zadanie dysponować całym składem koktajli Mołotowa. Kiedy Berkut uderzył, dwóch młodych chłopaków rzuciło się, aby zasłonić „mamę” przed atakiem. Obaj polegli. W forcie spotkaliśmy także bohatera o pseudonimie Kamaz. W wyniku odniesionych obrażeń, porusza się na wózku. Chcemy zorganizować mu przyjazd do Polski na leczenie. 

Jak przyjęli was uczestnicy Marszu Pamięci?

Dzięki wielu wcześniejszym wyjazdom, spotkaliśmy na Marszu mnóstwo znajomych i przyjaciół, byliśmy tam rozpoznawani przez ludzi, których poznaliśmy w strefie ATO. Wielu z nich podchodziło do nas, salutowało albo padało nam w ramiona. To było bardzo wzruszające. Celem naszego wyjazdu były odwiedziny u naszych przyjaciół i wyrażenie z nimi solidarności w rocznicę Majdanu. Uczestniczyliśmy w Marszu, szliśmy trójkami w mundurach i z polskimi oraz solidarnościowymi flagami. Wszędzie witano nas ogromnie serdecznie i dziękowano nam za to, co robimy, często ze łzami w oczach. Szczególnie wzruszające były spotkania z naszymi rodakami, którzy płakali na widok biało-czerwonej flagi, rzucali nam się na szyję, robili sobie z nami pamiątkowe zdjęcia, prosili, żeby napisać im parę słów pozdrowienia po polsku. Nasi rodacy, którzy przyjechali na Marsz ze Lwowa czy Kijowa, zbierali się wokół polskiej flagi. To było piękne i ściskające za serce.

Spotkały was jakieś nieprzyjemności?

Bezpośrednio nie, ale dzwonili do nas znajomi Ukraińcy i mówili, że pokazała nas telewizja rosyjska  przedstawiając nas jako „polskich bandytów”, którzy przyjeżdżają tutaj, aby szkolić ochotników walczących z Rosją. Prawda jest taka, że to my moglibyśmy się raczej sporo od Ukraińców nauczyć i wykorzystać zdobyte przez nich bojowe doświadczenie. Wojna na Ukrainie jest dla Polski szansą również na to, aby przywieźć trochę zestrzelonych rosyjskich dronów i przeanalizować stan uzbrojenia naszego wschodniego sąsiada, a także pochodzenie części z których produkowana jest broń – ocenić, ile jest tam części izraelskich, ile broni Rosja musi produkować sama, a ile sprowadzać, jakie są napędy i zasięg tej broni. Wojskowi ukraińscy powinni przyjeżdżać do Polski i dzielić się z nami zdobytym doświadczeniem. Wojna rosyjsko – ukraińska to żywy poligon. 

W czym pomagaliście Ukraińcom przy okazji wizyty w Kijowie?

Ukraińcy poprosili nas o pomoc w skompletowaniu apteczek – tak, aby były jak najbardziej przydatne na froncie. Sfotografowałem zatem wszystko, co mieli, po to, abyśmy mogli im w czymś doradzić, pomóc coś ulepszyć. W kijowskim forcie przeprowadziliśmy także szkolenia z pierwszej pomocy na polu walki. Uczyliśmy ochotników, w jaki sposób najskuteczniej pomagać rannym i jak rozpoznawać rozmaite symptomy chorobowe, takie jak np. krwawienie z ucha czy krwiomocz. Uczyliśmy ich także, w jaki sposób najbezpieczniej przenosić rannych. Wielu z nich to potrafi, jednak nie wszyscy. Osobą, którą trzeba najbardziej chronić w jednostce wojskowej jest rzecz jasna lekarz bądź sanitariusz, jednak na wypadek jego śmierci wszyscy biorący udział w walkach powinni poznać podstawy pierwszej pomocy, a także np. symbole oznaczania rannych – czerwony to osoba wymagająca natychmiastowej pomocy medycznej, zielony – człowiek, który może na tę pomoc chwilę poczekać, czarny – ktoś, kto niestety nie ma już szans na przeżycie i można mu jedynie podać morfinę, aby złagodzić cierpienie. Jest rzeczą oczywistą, iż Ukraińcy potrzebują samochodów do ewakuacji rannych, próbujemy im je zorganizować. Chcielibyśmy także, aby części rannych móc zapewnić leczenie w Przemyślu, blisko granicy. W ukraińskich szpitalach blisko frontu często jest niebezpiecznie, słyszałem, że berkutowcy potrafią mścić się nawet na ciężko chorych rannych przebywających w placówkach medycznych. 

Wola walki nie osłabła w Ukraińcach na przestrzeni tego roku?

Wydaje się, że wręcz przeciwnie. To niesamowite, że w sumie garstka średnio uzbrojonych ludzi, powstrzymuje rosyjskich bandytów już od roku. Na pewno czuć, że w tym narodzie jest wielka siła. Ci ludzie są pełni ducha walki. I nie dadzą się raczej łatwo oszukać. Myślę, że jeśli prezydent czy premier będą działać wbrew interesom Ukrainy, może dojść do kolejnego Majdanu i rządzący mogą  zostać rozliczeni przez naród z wypełnienia swoich zobowiązań. Póki co, ludzie zaciskają zęby i czekają, co zrobi premier i prezydent.

Dysproporcja między rosyjskim a ukraińskim uzbrojeniem na pewno rzuca się w oczy?

Tak, zdecydowanie. Mogę jednak powiedzieć z całą pewnością, że w ciągu tego roku ukraińscy dowódcy bardzo rozwinęli swoje umiejętności kierowania ludźmi, zdobyli olbrzymie doświadczenie. Ukraińcy szybko się uczą i wyciągają wnioski z porażek. Jeśli weźmie się pod uwagę, jak mizernym czasami dysponują sprzętem, a jakie mimo to osiągają efekty, trudno nie patrzeć na nich z podziwem. 

Dziękuję za rozmowę.









































 
Wydarzenia
więcej
Opinie
więcej
Najnowszy numer
Związek
więcej
Wideo "Konstytucja dla obywateli, nie dla elit". Wywiad z Ewą Tomaszewską
Blogi
avatar
Zbigniew "Zebe"
Kula

Upiorny świat futbolu
Czasy, gdy turnieje o tytuł Mistrza Świata miały naprawdę jakieś znaczenie, minęły bezpowrotnie. Dziś ten wielki turniej stał się czymś w rodzaju giełdy, na której można dobrze sprzedać lub też co niewykluczone, źle kupić.
avatar
Jerzy
Bukowski

Jerzy Bukowski: I patriotyzm, i zabawa
Mam nadzieję, że w Podłężu dojdzie do mądrego kompromisu, ponieważ okopywanie się na z góry ustalonych pozycjach nie wyjdzie na dobre żadnej ze stron konfliktu.
avatar
Maciej
Michalski

[Kliknij aby zobaczyć całość] Nowy rysunek Michalskiego: Dzień Ojca
Więcej rysunków w "Tygodniku Solidarność" dostępnym również w aplikacji mobilnej.
ciastkoWykorzystujemy pliki "cookies" aby nasz serwis lepiej spełniał Państwa oczekiwania. Możesz zablokować możliwość wykorzystywania tych plików poprzez zmianę ustawień w swojej przeglądarce internetowej.