loading
Proszę czekać...
reklama_pozioma
[Pitu Pitu na środę] Świadectwo polskości, czyli długie ręce warszawskiego ratusza
Opublikowano dnia 10.10.2018 22:46
Kilka lat temu, jeszcze przed wybuchem afery reprywatyzacyjnej w Warszawie, mój dobry znajomy starał się o odzyskanie ziemi zagrabionej przez komunistów po 1945 roku. Dużo je nie zostało, większość sprywatyzowali lokalni działacze PSL, i nazwiska znane z listy 100 najbogatszych Polaków.

morguefile.com
Ów znajomy często śmiał się przez zaciśnięte zęby, że III RP jest rajem ludzi przedsiębiorczych. Jego rodzina potrzebowała na zgromadzenie, rozkradzionego następnie jak wspomniałem, majątku blisko trzystu lat. W tym czasie od zera, ciężko pracując, walcząc z zaborcami, przetrwawszy różnorakie zawieruchy zgromadziła ziemię i budynki. Tymczasem wystarczyło zaledwie kilka lat wolnej Polski, żeby cały ten majątek znalazł się w posiadaniu osób, których jedyną kompetencją były układy w sądach i kompletny brak skrupułów.

Co istotne, opowieść ta nie dotyczy Warszawy, ani żadnego innego z dużych polskich miast. Rozgrywa się na wsi daleko od ulicznego zgiełku i wieżowców pełnych białych kołnierzyków, zwanych przez wybitnego polskiego aktora, Jana Nowickiego, klonami. Wsi spokojna, wsi wesoła, będąca wymarzonym miejscem do spokojnego życia, którego skosztować chciał ów znajomy.

Miast jednak sielanki, szarpał się on przez ponad dekadę z kolejnymi urzędami, które non stop rzucały mu kłody pod nogi, jednocześnie lekką ręką oddając jego przecież ziemię, lokalnym kacykom. Zostało jej w końcu tak niewiele, i tak podłej jakości, że nikt przy zdrowych zmysłach, nie chciał pozostałości składających się głownie z bagien i rachitycznego brzozowego lasku. Wtedy stał się cud.

Ci sami urzędnicy, którzy wcześniej blokowali mu możliwość odzyskania majątku, zaczęli wydzwaniać do niego z ponagleniami. Panie drogi, toż to szkoda, żeby taka żyzna ziemie leżała odłogiem - słyszał w telefonie. Przypominam, że owa „żyzna ziemia” to bagno i parę brzózek. A i zapomniałbym całkiem, resztki zabudowań, dawno porosłe mchem i straszące zarwanym stropem. Cena jaką agencja rządowa zawiadująca ziemię żądała za ten ugór była wysoka, jednak mój znajomy postanowił zawalczyć choćby o ten skrawek rodzinnych włości i pojawił się w urzędzie.

I tu zaczyna się odsłona tej opowieści, która z kilku powodów powinna zainteresować szanownego czytelnika. Warunkiem, jaki postawiła spadkobiercy owa rządowa agencja, pod którym to mógł kupić niczym od pasera ukradziony majątek, było udowodnienie, że ostatni z przodków sprawujących piecze nad areałem, był Polakiem. Nic to, że rodzina znana była z wielowiekowego wspierania polskości pod zaborami w których przyszło jej żyć. Sam fakt, że ów przodek spędził ostatnie lata swego życia w oflagu, w którym niemieccy naziści zamknęli go wraz z innymi oficerami broniącymi ojczyzny w 1939 roku. Potrzebny był papier. Papier, potwierdzający polskość, jednego z najbardziej polskich rodów tamtych ziem.

Szukając potrzebnych dokumentów, bohater naszej opowieści trafił do Warszawy, konkretnie zaś do warszawskiego ratusza. Wyłożył tam urzędnikom sedno sprawy, a ci obiecali jak najszybciej pomóc. Tak też się stało. Nie dalej jak miesiąc po wizycie w ratuszu, odpowiednie dokumenty dotyczące polskości przodka trzymał w swych rękach, szczęśliwy, że wkrótce skończy się jego wieloletnia przygoda.

Sen z powiek spędzał mu jednak pewien fakt. Kilka dni po wizycie w ratuszu, do drzwi mieszkania w którym zatrzymał się w Warszawie zapukał nieznajomy mu kompletnie człowiek. O dziwo, bohater naszej opowieści był mu doskonale znany. Widział wszystko na temat parceli będącej tematem sprawy, znał całą jej historię, ba przysięgał się na Boga, że w samej stolicy zna miejsca w których znaleźć można dobra zrabowane z majątku przodków mego znajomego. Co jednak najdziwniejsze, znał adres pod którym tymczasowo zatrzymał się mój kolega. Adres znany tylko i wyłącznie urzędnikom warszawskiego ratusza, pozostawiony w nim w celach korespondencyjnych.

Nie żebym oskarżał warszawskich urzędników o współpracę z tym panem, jednak fakt, że jest on dziś jednym z głównych podejrzanych komisji do spraw reprywatyzacji warszawskich kamienic, daje mi sporo do myślenia.

Rafał Otoka-Frąckiewicz "Pitu Pitu"
Wydarzenia
więcej
Opinie
więcej
Najnowszy numer
Związek
więcej
Wideo Tysol.pl Wywiad Cezarego Krysztopy z Tomaszem Szatkowskim
Blogi
avatar
Ryszard
Czarnecki

Ryszard Czarnecki: "Sąsiedzi depolonizują historię..."
To, że Ukraińcy na siłę „ukrainizują” historię Kresów Wschodnich RP, przypisując ukraińskość polskim artystom, naukowcom i innym osobom naszego życia publicznego – już wiemy i stało się to niechlubną normą. Tymczasem ostatnio zabrali się za „korygowanie” życiorysu wielkiego Polaka, który co prawda nie miał nic wspólnego ze wschodnimi rubieżami Rzeczpospolitej, więc nie sposób zrobić było z niego Ukraińca (Litwina, Białorusina) – zatem dopisano mu... niemiecką tożsamość.
avatar
Jerzy
Bukowski

Jerzy Bukowski: Nierejestrowana sowiecka agentura
Jak wyglądałaby dzisiaj Polska, gdyby po 1989 roku ujawniono nazwiska wszystkich tajnych współpracowników komunistycznych służb specjalnych (cywilnych i wojskowych) PRL?
avatar
.
Rosemann

Rosemann: Czy Warszawa była tego warta (na gorąco)
Szkoda Jakiego bo faktycznie szarpał przeciwnika niesamowicie. I gdyby dano mu to robić w spokoju, bez medialnego szumi i zabójczej „pomocy” Kurskiego, być może dałby radę. Tak, jak dali radę w spokoju osiągnąć jakiś sukces Płażyński w Gdańsku i Wassermann w Krakowie.
ciastkoWykorzystujemy pliki "cookies" aby nasz serwis lepiej spełniał Państwa oczekiwania. Możesz zablokować możliwość wykorzystywania tych plików poprzez zmianę ustawień w swojej przeglądarce internetowej.